![]() |
![]() | |
Możliwe jest, zdecydował Sten, aby pomyśleć, że komuś śmierdzi z ust, tylko słuchając, jak sapie przez radio. Poczuł, że swędzi go pomiędzy łopatkami. Niedobrze. Jakiś geniusz tak zaprojektował szturmowy kombinezon bojowy, że swędziało wszędzie tam, gdzie nie można było się podrapać. Sten powiedział sobie, że nic go nie swędzi, i powrócił do słuchania sapania Gregora na częstotliwości komendanta. No dawaj, pomyślał. Zdecyduj się. - Pierwsza... to znaczy jeden jeden. Sten włączył swój mikrofon. - Słucham. - Ten statek to patrolowiec klasy C. To znaczy, że wchodzimy do środka przez dysze wylotowe. Mój pierwszy sierżant sprawdził je. Są zimne. Sten odkotwiczył od asteroidu, za którym "ukrywał się" wraz ze swoim plutonem, i przesunął się trochę. Stary kadłub wisiał w ciemnościach w odległości dwóch kilometrów i mniej więcej wyglądał jak klasa C. Ale... Sten wszedł na linię. - Sześć? Tu jeden jeden. Proszę o szyfrowanie. Gregor chrząknął i kazał reszcie kompanii opuścić tę częstotliwość. - Wejście przez dysze jest zgodne z podręcznikiem, sir. - Oczywiście, Sten. Dlatego właśnie... - A nie wydaje ci się, że ci źli chłopcy też mogą czytać książki? I przewidywać? - TNP, chłopie. To nie pasuje. Czego chcesz? Jakiegoś dziwacznego frontalnego ataku? - Cholera jasna, Gregor! Wejdaemy w rurę, ktoś tam będzie czekał na nas, przynajmniej tak się domyślam. Jeśli możesz nas osłaniać, ja ze swoim plutonem wejdę z flanki. - Kontynuuj... jeden. Sten wzruszył ramionami. Nie zaszkodzi spróbować. - Podejdziemy z boku. Przetniemy okrywę i zmniejszymy ciśnienie wewnętrzne. To ich załatwi i w ten sposób przechytrzymy ich. Więcej sapania. Sten zastanawiał się, czy ojciec Gregora nie mógł sobie pozwolić na zoperowanie syna. - Przerwać, jeden. Wydałem rozkazy. Sten z rozmysłem wyłączył szyfrowanie. - Oczywiście, kapitanie.Jak pan kapitan sobie życzy. Jasne. Zaskrzypiał głos Carruthers. - Jeden. Łamiecie ciszę radiową. Dyżur w kuchni. Sten usłyszał wybuch śmiechu Gregora przez jego włączony mikrofon. - Tu sześć. Po kolei... atak przez dysze... elementy manewru... naprzód. Pluton Stena wypłynął na otwartą przestrzeń. Sten sprawdził odczyt i automatycznie wyrównał kurs. Dywersyjny ogień laserowy osłaniał ich od strony dwóch innych plutonów. Sten wprowadził program nagłych zygzaków do komputera. Kontynuowali swoją drogę do statku. Zanim zbliżyli się do jego burt, połowa plutonu pozostawała zawieszona bezradnie w przestrzeni. Komputer uznał ich za zestrzelonych i rannych. Sten obrócił wielki projektor należący do wyposażenia i ustawił go na właściwej pozycji. Stwierdził, że spróbuje na chybił trafił i... I został porażony wybuchem ognia prosto w oczy. Filtr hełmu pociemniał aż do czerni i Sten zobaczył migający napis "ranny" na panelu kontrolnym kombinezonu. Zdążył już przyzwyczaić się do bycia "zabijanym". Prawdę mówiąc, po raz pierwszy cieszył się z tego. Nie spodziewał się, aby któryś z "rannych" musiał odbywać zwykłą porcję pracy przy szambie po powrocie do bazy. Lanzotta miał znacznie większą rybę na wędce. Albo może znacznie mniejszą, kto to wie. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Lanzotta stał bardzo sztywno, z kamienną twarzą. Sten zrelaksował się i patrzył na Gregora kątem oka. - Postępowałeś zgodnie z podręcznikiem, rekrucie komendancie kompanii? - Tak jest, panie sierżancie. - Czy zadałeś sobie trud, aby sprawdzić dokładnie tamten statek? - Nie, panie sierżancie. - Gdybyś to zrobił, zobaczyłbyś, że twój nieprzyjaciel przerobił te ekrany słoneczne na projektory. Wycelowane dokładnie tam, gdzie normalnie są luki w obronie. Dlaczego tego nie sprawdziłeś, rekrucie komendancie kompanii? - Nie mam wytłumaczenia, panie sierżancie. - Czy rozważałeś jakiś inny sposób dokonania szturmu? - Nie, panie sierżancie. - Dlaczego? - Ponieważ... ponieważ tak właśnie podręcznik opisuje atak na statek klasy C, panie sierżancie. - I gdybyś postępował niezgodnie z zasadami podanymi w książce, mógłbyś sobie narobić kłopotów. Mam rację, rekrucie komendancie kompanii Gregor? - No - o... - ODPOWIEDZ NA TO CHOLERNE PYTANIE! Sten i inni podskoczyli na metr w górę. Lanzotta krzyczał po raz pierwszy od początku szkolenia. - Nie wiem, panie sierżancie. - A ja wiem. Ponieważ zdawało ci się, że dopóki trzymasz się kurczowo książki, jesteś bezpieczny. Nie ośmieliłeś się zaryzykować swoich naramienników. I w ten sposób zabiłeś połowę kompanii gwardzistów. Mam rację? Gregor nic nie odpowiedział. - Zwiń swój materac, żołnierzu - powiedział Lanzotta. I zerwał odznakę rekruta Gwardii z munduru Gregora. Potem odszedł. Carruthers wystąpiła przed czoło kompanii. - Przerwa na posiłek. Inspekcja kombinezonów za dwie godziny. Nikt nie patrzył na Gregora, kiedy wracali do koszar. Stał samotnie na zewnątrz przez długi czas. Ale zanim Sten i reszta wrócili z posiłku, Gregor i jego materac zniknęli, jakby ich nigdy nie było. - Pierwszy sierżant! Raportować! - Sir! Kompanie szkoleniowe A, B i C gotowe, stan osobowy sprawdzony. Pięćdziesiąt trzy procent obecnych, sześciu w szpitalu, dwóch wyznaczonych na testach. Rekrut pierwszy sierżant zasalutował. Sten odsalutował, zwrócił się twarzą do Lanzotty i zasalutował znowu. - Wszyscy gotowi, stan osobowy sprawdzony. - Teraz jest równo osiemnasta, kapitanie rekrucie. Masz objąć dowództwo nad swoją kompanią i przemieścić ją drogą na Obszar Szkoleniowy Numer Szesnaście. Rozmieścisz swoich ludzi w standardowym szyku obronnym. Pozycje mają zostać objęte do zmierzchu, to znaczy do godziny dziewiętnastej siedemnaście. Jakieś pytania? - Nie, panie sierżancie! - Objąć dowództwo nad kompanią. Sten zasalutował i obrócił się znowu. - KOMPANIA... - Pluton... ton... ton - zaśpiewali dowódcy plutonów. - W prawo... patrz! Na ramię broń! Naprzód... marsz. Długa kolumna wypełzła w zapadający zmierzch. Sten szedł sobie obok. Nauczył się już do tej pory iść, maszerować, nawet biec - z otwartymi oczami, rozbudzony na siedemdziesiąt procent - i głęboko spać. Lanzotta przesadził nieco mówiąc, że rekruci mają tylko cztery godziny na sen w ciągu doby. Może i tak było na początku. Ale w miarę postępowania szkolenia ustawiano poprzeczkę coraz wyżej. Teraz spławiano mniej osób, ale łatwiej można było podpaść. Lanzotta wyjaśnił to Stenowi, dając mu belki rekruta komendanta kompanii. - Przez kilka pierwszych miesięcy próbowaliśmy złamać was fizycznie. Pozbyliśmy się słabeuszy, przypadkowych ludzi i głupków. Teraz wyrównujemy szeregi. Błąd, który popełniasz podczas szkolenia bojowego, może ciebie i twoich kolegów zaprowadzić prosto na cmentarz. Poza tym nadal mamy zbyt wielu ludzi w tej turze. Zbyt wielu ludzi. Podsumowując proces selekcji jednego ze stu tysięcy, trzy kompanie po stu ludzi każda zostaną obcięte do sześćdziesięciu jeden. Niezła nadwyżka. Nie wszyscy się wykruszyli. Zderzenie z wozem bojowym spowodowało śmierć czterech ludzi, opady podczas treningu w górach zabiły dwóch rekrutów, a dziura w kombinezonie podarowała jeszcze jednemu rekrutowi wielką, uroczystą ceremonię pogrzebową. Lanzotta stwierdził, że wielkie wrażenie wywarło to, że rekrut został wcielony do pułku przed pogrzebem. Sten myślał zaś, że to naprawdę maleńki, cholerny szczegół. Był całkowicie pewien tego, że śmierć trwała bardzo długo i że pokarm dla robaków nie jest szczególnie zainteresowany ceremonią. No, cóż. Do tej pory posuwali się od drużyny przez pluton aż do manewrów pełnej kompanii. Sten zastanawiał się, jakie to radosne niespodzianki zaplanował na ten wieczór Lanzotta. A potem zepchnął te przygnębiające myśli gdzieś głęboko. Potrzebował odpoczynku. Wyłączył mózg, włączył stopy i zasnął. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Z zamkniętymi oczami Sten nasłuchiwał, co dzieje się dookoła szczytu wzgórza. Cztery minuty, dwadzieścia siedem sekund. Wszystkie odgłosy nocnych zwierząt wróciły do normy. Wszyscy żołnierze pozostawali na swoich pozycjach. Całkiem nieźle. Lanzotta podczołgał się do Stena i włączył światełko mapnika. - W porządku. Są zupełnie przyzwoicie rozmieszczeni. Drugi pluton za bardzo trzyma się w kupie. I zdaje mi się, że powinieneś ustawić nieco inaczej swój punkt dowodzenia. Ale... całkiem nieźle. Sten natężył się. Lanzotta był bardzo uprzejmy. Teraz miał pewność, że ćwiczenie okaże się mordercze. - Podaję zadanie. Twoja kompania była pod intensywnym ostrzałem przez dwa lokalne dni. Masz, zobaczmy, sześćdziesiąt sześć... około siedemdziesięciu pięciu procent rannych. Otrzymałeś rozkaz zaatakowania broniącej się mocno pozycji nieprzyjaciela, tam! Lanzotta wyjął z woreczka przy pasie mały pulpit kontrolny i nacisnął guzik. Na wzgórzu, usytuowanym trochę na bok od ich stanowiska, zabłysło parę świateł. - Niestety, pozycja była za mocno obsadzona i zostałeś zmuszony do wycofania się na szczyt tego wzgórza. Jesteś zbyt daleko, aby otrzymać wsparcie artyleryjskie i z powodów operacyjnych nie uzyskasz zwyczajnej pomocy z powietrza czy z satelity. Opatrzyłeś swoich rannych, a więc nie musisz się o nich martwić. Problem jest bardzo prosty. Niedługo, za chwilę, nieprzyjaciel przypuści kontratak. Najprawdopodobniej nie będziesz w stanie utrzymać tej pozycji. Twój bezpośredni dowódca oddał ci komendę nad tym odcinkiem. Pozycje sprzymierzonych są tam - wskazał za siebie i dotknął pulpitu. Na szczycie górskiego grzbietu pojawiły się silne, niezbyt mocno zaciemnione linie. - Pomiędzy twoją kompanią a tymi pozycjami ustalono istnienie dwóch oddziałów wroga, posługujących się lekkim czołgiem. Wybór należy do ciebie. Czy są jakieś pytania? Sten zagwizdał cicho. - Rekrucie kapitanie, przejmij dowództwo nad swoimi ludźmi. Masz dwie minuty do rozpoczęcia akcji. Lanzotta zniknął w ciemnościach. Sten skinął na Morghhana, swojego pierwszego sierżanta. Przesunęli się nieco na bok od pozycji dowodzenia. Sten przesunął filtr UV nad oczy i włączył przytłumione światło mapy. - Sauve qui peut i reszta tego gówna - zaszeptał Morghhan. - Chcesz poddać się od razu i uniknąć porannego pośpiechu? - My, zabójcy z Gwardii, nie poddajemy się nigdy. - Jak myślisz, załatwił cię? - Nie mam pojęcia. Może nie. Mówili, że ruchy do tyłu mogą być źle widziane. - Pomyśl nad tym, Sten. Ja mam zamiar iść i poćwiczyć mówienie płynnym nieprzyjacielskim. - Morghhan poczołgał się w tył do stanowiska dowodzenia i czekających zwiadowców. - Cztery i trzy, i dwa, i jeden - powiedział gdzieś w ciemnościach Lanzotta. - Zaczynamy. Musiał włączyć program symulacyjny. Wysoki dźwięk w powietrzu... - Nadchodzi! - ktoś krzyknął i ziemia zakołysała się pod nimi. Fioletowe światła macały przestrzeń tuż nad ich głowami. Sten miał nadzieję, że prowadząca "nieprzyjacielski ogień" broń automatyczna nie jest ustawiona zbyt nisko albo na . poruszające się cele. Albo na przypadkowy ogień. Sten nastawił swój nadajnik na "wszystkie kanały" i szybko przedstawił plan słuchającym żołnierzom. - Sześć... tu jeden - dwa. Mamy ruch na naszym odcinku. To była Tomiki, pełniąca obowiązki dowódcy drugiego plutonu. Sten przełączył się na sieć dowodzenia. - Ustalenia, dwa jeden? - Próbny atak. Możliwa dywersja. Siła w przybliżeniu dwa plutony. Linia, w odległości stu metrów. - Dwa jeden... tu sześć. Wstrzymać ogień. Jeden jeden? Coś się u was dzieje? - Nie. Trzymamy się. To potwierdzone. Mamy zwiadowców na wzgórzu... o cholera! - Niestety, dowódca pierwszego plutonu wystawił się na strzały i został trafiony. Śmiertelnie - wtrącił się Lanzotta. Sten zignorował Lanzottę. - Jeden - dwa. Obejmij dowodzenie. Ustalenia? - Potwierdzam. Zwiadowcy. W sile kompanii. Przewidywania: atak. Mamy otwierać ogień? Sten myślał szybko. - Nie. Kiedy miną pięćdziesiąt metrów, pewnie otworzą ogień. Przewidywanie: wsparcie artylerii. Pierwszy i trzeci oddział wycofają się hałaśliwie o dwadzieścia pięć metrów. Drugi i czwarty przyjmą walkę, kiedy tamci dotrą do waszych pozycji i wtedy pierwszy i trzeci kontratakują. Prognoza: następna dywersja. Pierwszy sierżant! Weź pluton rakietowy, żeby kryli tyły i przejęli drugie natarcie. Obejmij punkt dowodzenia, ja przechodzę do trzeciego plutonu. Wyłączył mikrofon. - Zwiadowcy naprzód! Poszli w ciemność. Sten prowadził przez zacieniony zagajnik. Ogień wzmagał się i ziemia drżała pod nimi. Sten podskoczył, gdy coś zawyło jak tysiąc syren. - Wariuję - powiedział do zwiadowcy - to tylko hałas. Idziemy! Sten wskoczył do okopu dowódcy trzeciego plutonu. - Co się tu dzieje? Sten wstrzymał oddech, zamknął znowu oczy. Nasłuchiwał. Obracał głową we wszystkie strony. Zaklął. - Cholera jasna! Czołgi! - Nic nie słyszę! - Usłyszysz. To brzmi jak dwie jednostki. Idą im pomóc. Włączył radio. - Rakiety... Potrzebuję oświetlenia. Przygotować się. Powietrze zaszumiało. - Oddział rakietowy, tu sześć. Czy mnie słyszycie? Zwiadowca zmaterializował się w ciemnościach i wślizgnął do dziury. - Wszystkie oddziały. Przygotować się. Szyfr R - siedem. Komunikator wybrał prosty kod i podłączył do niego przekaźnik kompanii. Kod mógł zostać złamany w ciągu kilku sekund, jeśli nieprzyjaciel dysponował analizatorami. Ale do tego czasu Sten miał możliwość przeprowadzenia swojego planu. - Dwa jeden. Przesuń swoich ludzi za stanowisko dowodzenia i dołącz do jeden - dwa. Ruszać się! Dwa. Na komendę zaczynasz frontalny szturm prosto przed siebie. Sten odetchnął głęboko. To szkolenie było wystarczająco prawdziwe, aby ciarki przechodziły od przygotowywania nawet pozorowanego samobójstwa. - Trzy jeden. Twoi ludzie zatrzymają czołg poniżej waszej pozycji. Masz rozkaz trzymać się nie zważając na straty. Jeśli nie uda się nam, ty i twoi ludzie przebijecie się pojedynczo. - Wszystkie oddziały. Kompania dokona frontalnego szturmu naprzeciw dywersji na odcinku drugiego plutonu. Jeśli natarcie załamie się, każdy żołnierz radzi sobie sam. Macie prawidłowe namiary na linie sprzymierzonych. Unikniecie złapania i dołączycie do pułku przed świtem. - To wszystko. Zatrzymajcie tylko wodę, podstawową broń i dwa magazynki. Wyrzucić całą resztę, łącznie z radiem. Powodzenia. Ruszać się! Sten wyłączył nadajnik. Obok niego pojawił się Lanzotta. - Tak dla porządku, rekrucie kapitanie Sten. Przy wyłączonym radiu kontrola manewrów nie będzie mogła wyznaczać rannych. Sten znalazł dość czasu na uśmiech. - Panie sierżancie, nie przyszło mi to do głowy. - Mówił uczciwie. Sten obrócił się do oddziału stanowiska dowodzenia. - Słyszeliście to. Rzucać wszystko i chodu. - Lanzotta właśnie usunął nasz oddział rakietowy. Powiedział, że wykończyło go przeciwnatarcie. Sten jęknął. - Lenden. - Czego chcesz, Sten? - Przeleć się trochę, tak z pięć metrów i daj wspomożenie. - A potem będę martwy? - A potem będziesz martwy. - Może nam, trupom, zafundują jazdę z powrotem. - Zwiadowca wyskoczył z dziury, wyjął zza pasa pilota i wcisnął guzik uruchamiający wyrzutnię. Flara świsnęła w powietrzu. Uchwycił go skaner i wyłączył z akcji. Lenden zaklął i poszedł w tył. Flara paliła się, i Sten zauważył dwa... pięć... siedem czołgów szturmowych wspinających się na wzgórze. - Podpalić je. Dowódca plutonu włączył odpowiednie guziki i zbiorniki pod wysokim ciśnieniem, usytuowane u podnóży wzgórza, ożyły. Wydobywający się z nich gaz zmieszał się z atmosferą, i pełniący obowiązki porucznika podpalił tę mieszaninę. Kula ognia przetoczyła się przez podstawę wzgórza i trzy z czołgów zapaliły się i eksplodowały. - Skokami do tyłu. Sześćdziesiąt metrów, przyczaić się i czekać. Sten wytoczył się z okopu i prześlizgnął w tył, w kierunku stanowiska dowodzenia. Zanim przypadł do ziemi obok Morghhana, miał już gotowy plan. Cienie przesuwały się przez jego odcinek w kierunku drugiego plutonu. Z ostatniego stanowiska trzeciego plutonu podniósł się nagle zwiększony ogień. Sten z ulgą pozbył się plecaka i siatki łączności, podniósł broń na ramię i ruszył przez ciemność. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
W biurze panowała śmiertelna cisza. Sten patrzył prosto przed siebie. - Czterech ocalało, rekrucie komendancie kompanii. Ty zostałeś usunięty - Tak jest, panie sierżancie. - Bardzo mnie interesuje, jakie są twoje przewidywania efektu takiej akcji w trakcie prawdziwego natarcia. Dla reszty pułku. - Wydaje mi się, że... bardzo złe. - To oczywiste. Ale nie wiesz, dlaczego. Żołnierze mogą odnosić ciężkie straty i zachowywać pełną zdolność bojową pod dwoma warunkami: po pierwsze, owe straty muszą zostać poniesione w krótkim okresie. Powolne dziesiątkowanie zmiecie każdą jednostkę, nieważne jak elitarną. Po drugie: owe straty muszą zostać uznane za wyczyn. Czy rozumiesz, o co chodzi, Sten? - Nie bardzo, panie sierżancie. - Postaram się mówić jaśniej. Używając jako przykładu klęski z ostatniej nocy. Gdybyś utrzymał ten szczyt wzgórza i zginął do ostatniego, pułk byłby dumny. Ta bitwa przeszłaby do historii i śpiewano by o niej piosenki. Ludzie poczuliby się podniesieni na duchu faktem, że mieli pośród siebie takich bohaterów. Nawet, jeśli byliby cholernie szczęśliwi, że ich tam, razem z owymi bohaterami, nie wysłano. - Rozumiem. - Zamiast tego, twoja jednostka przegrała usiłując ocalić swoją skórę. Owszem, kładzie się ludziom do głowy, że należy żyć po to, aby móc znowu walczyć. Ale to nie jest ten rodzaj podejścia do sprawy, dzięki któremu ostatecznie wygrywa się wojny. Niezrozumienie tego jest twoją porażką jako dowódcy kompanii. Rozumiesz? Sten milczał. - Nie powiedziałem, że musisz się z tym zgadzać. Ale czy to rozumiesz? - Tak jest, panie sierżancie. - Bardzo dobrze. Ale wezwałem cię i wydałem zakaz opuszczania koszar z innego powodu. Wyniki twoich testów wskazują na wysoki poziom inteligencji. Wycofałem cię z akcji, ponieważ wykazałeś, iż nie nadajesz się zupełnie do Gwardii. Nie możesz być gwardzistą. Zostajesz usunięty ze szkolenia ze skutkiem natychmiastowym. Sten otworzył usta ze zdziwienia. - To także wyjaśnię. Masz żołnierza. Bierze nóż, czerni sobie twarz, pozostawia całą swoją broń. Przekrada się przez linie nieprzyjaciela, aż do schronu generała. Zabija go i wraca. Czy ten człowiek jest bohaterem? W pewnym sensie. Ale nie nadaje się do Gwardii. Lanzotta westchnął. - Gwardia istnieje jako karzące ramię Imperatora. Sposób na wysłanie dużych sił w precyzyjny sposób w celu wykonania misji. Gwardia walczy i umiera dla Imperatora. Jako walcząca całość, nie jako jednostki. Sten zastanawiał się. - Jako gwardzista masz zachowywać się bohatersko. W odpowiedzi Gwardia zapewnia wsparcie. Moralne i duchowe podczas szkolenia i życia koszarowego, fizyczne w boju. Dla większości z nas ten układ jest w porządku. Czy nadążasz za mną? Umysł Stena zajęty był zgadywaniem, co się teraz z nim stanie - trafi do batalionu zaopatrzeniowego? A może prosto na Vulcan? Sten usiłował skupić się na słowach Lanzotty. - Będę kontynuował. Gwardzista jest szkolony tak, aby w każdej chwili zastąpić dowódcę. Musi być w stanie spełniać obowiązki sierżanta swojego plutonu i zakończyć misję, jeśli ów sierżant zostanie ranny. Sierżant zaś musi umieć pełnić obowiązki dowódcy kompanii. I nie ma znaczenia, jak świetnie umie zastosować taktykę. Jeśli nie rozumie instynktownie ludzi, którymi dowodzi, to jest mniej niż bezużyteczny. Jest niebezpieczny. I powtarzałem wam wciąż i wciąż... moje zadanie to nie produkowanie mięsa armatniego. To takie wyszkolenie gwardzistów, aby umieli przeżyć. - Czy to wszystko, panie sierżancie? - spytał Sten beznamiętnie. - Czterech żywych. Z pięćdziesięciu sześciu ludzi. Tak, Sten. To wszystko. Sten podniósł rękę do salutowania. - Nie. Nie przyjmuję salutowania, ani nie oddaję, od wyeliminowanych. Odmaszerować. | ||
![]() |
![]() |